Archive for the 'eGospodarka' Category

Irlandzki wirus

Pomimo, że Irlandia stała się głównym europejskim hubem takich firm jak Microsoft czy Dell, świadomość kraju jako zacofanego w technologii wciąż pokutuje w świadomości wielu osób. Przykład poniżej:

Niestety ten humor jest tak bliski prawdy, iż jest dla Irlandczyków, czy imigrantów mieszkających na Zielonej Wyspie, zupełnie nie do śmiechu. Pisałem kiedyś o sytuacji z bankowością elektroniczną. Napiszę to po raz kolejny: mBank jest o co najmniej 10 lat bardziej zaawansowany niż najlepszy w bankowości elektronicznej bank AIB czy Bank of Ireland. A to jedynie przykład.

Ostatnie doniesienia o kradzieży 4 laptopów zawierających dane tysięcy klientów banku BoI jedynie potwierdza tezę, że postęp technologiczny nie jest temu krajowi dany na tacy - szyfrowanie, technologie webowe - gdzieś dzwoniło, choć nie wiadomo w którym kościele.

W niedługim czasie będę miał gotowe porównanie zaawansowania eGovernment w krajach UE + kraje kandydujące. Już teraz, w 75% wykonania statystyka ta wygląda bardzo ciekawie, aż zacieram ręce by zobaczyć ją gotową.

Dlaczego jestem anti-social?

Moja antyspołeczna i antysocjalna postawa bierze się z braku akceptacji idei Internet social networking jako metody komunikacji i utrzymywania relacji z innymi ludźmi. Pozwolę sobie napisać kilka słów dlaczego tak jest.

Kiedy założyłem swój profil na facebook.com, sądziłem że strona pozwoli mi znaleźć starych znajomych, może nieco odświeżyć zakurzone już relacje, poznać nowych ludzi. Zainstalowałem kilka aplikacji, które w moim mniemaniu miały zbliżyć mnie do tego celu. Jednak ilość informacji, jakie były wymagane przy ich instalowaniu zaczęła budzić moje podejrzenia i obawy w jakim celu są one zbierane, jak są przetrzymywane i wykorzystywane. Moi znajomi (po kilku miesiącach zebrała się ich całkiem duża grupa, niekoniecznie starych znajomych, ale także osób, które widywałem na codzień albo siedzących naprzeciwko mojego biurka!) wysyłali mi zaproszenia do zainstalowania kolejnych aplikacji, w których mogłem określić co i kiedy lubię pić, jakim samochodem jeżdżę, jaką lubię kawę, czy jestem wampirem czy wilkołakiem (sic!), program do tworzenia listy ulubionych filmów i piosenek, inne wersje aplikacji “wall”, dzięki której można pisać ludziom na ich profilach - po prostu zostawiając tam wiadomości. Czasami aplikacja “wall” nie działała jak trzeba i wydawało mi się, że otrzymywałem wiadomości, które niekoniecznie były adresowane do mnie (vide: Czytaj cudzą pocztę na Facebook.com, ITblog, 31/07/2007).

Wszystkie te aplikacje powodowały, że coraz bardziej i bardziej dzieliłem się informacjami o samym sobie z całym światem, a cel który chciałem osiągnąć wcale tego nie wymagał, bo sprowadzał się do zapisania … adresu email.

Domyślnie mój profil był dostępny do wglądu dla każdej osoby zarejestrowanej w systemie. Dopiero ręczne ustawienie poziomu “bezpieczeństwa”, cokolwiek to z bezpieczeństwem moim czy moich danych miało wspólnego, pozwoliło mi być dostępnym “tylko dla znajomych”, bądź pokazywać jedynie pewną część moich danych innym osobom. Jednak każda z aplikacji, które instalowałem wymagała osobnej konfiguracji, każda wymagała “zaufania” i dostępu do pozostałych moich danych. W dodatku natarczywość informacji wymagała prawie codziennych wizyt na stronie i chciał czy nie chciał, czytania o tym, że John już nie jest singlem, Michelle najchętniej pije szampana ale tylko w piątki, Anna jest zmęczona po podróży do Belgii i temu podobne. By pozbyć się tych natręctw konieczne było, znów, ręczne konfigurowanie powiadomień.

Nie wyobrażałem sobie gorszej sytuacji, więc zebrałem emaile osób, z którymi chciałem dalej korespondować i zniknąłem z facebook.com tak szybko jak się tam pojawiłem. Gdzieś w myślach kołacze mi się jednak pytanie, czy wszystkie moje dane zniknęły z serwisu, czy też wciąż zalegają w jego mrocznych zakamarkach dysków.

Wtedy wielką falą nadeszła nasza-klasa.pl. Wszyscy tak się tym serwisem zachwycili, że Pan Gąbka został najsłynniejszą personą roku 2007-go w Polsce (jego sława dotarła także na Zieloną Wyspę). Niech mi będzie wolno powiedzieć: nie mam nic przeciwko spotkaniom klasowym, kontaktom z ludźmi, z którymi ostatni raz widziałem się 14 lat temu, ale cała Polska nie musi wiedzieć, że np. w 7-mej czy 6-tej klasie chodziłem w kraciastej koszuli i w okularach na pół twarzy (zjawisko fikcyjne). Ja sam nie muszę i co najważniejsze - nie chcę czytać podpisów pod zdjęciami w stylu “z Misiem na Kanarach, z największym Skarbkiem mojego życia w Paryżu, z cudowną Pysią w Indiach, z Mężulkiem w naszym salonie” (cytat z bloga In Dublin fair city…, Nasza Klasa, czyli kij w mrowisko, 06 stycznia 2008), które pokazują roztyłego faceta przed 30-tką, w dodatku w samych slipach. Jeśli i nawet to nie było tak złe, na jakie by mogło wyglądać, to przeraziła mnie sieć relacji i powiązań, jakie się tam w naturalny sposób wytworzyły.

Zagram teraz jak były premier, pan Jarosław K., który w wywiadzie dla Wprost opisywał spotkania w parku ze swoimi ministrami i zachowam się trochę, odrobinę paranoicznie. W takiej sieci powiązań jaką jest nasza-klasa.pl czy facebook.com, każdy może odnaleźć dowolną osobę, dowiedzieć się o niej najdrobniejszych szczegółów, poznać jej adres zamieszkania czy numer telefonu. A wszystko to zadając jedynie odpowiednie pytania do osób, które chodziły do tej samej szkoły w podobnych latach co ja, pracują w tej samej firmie, gdzie pracuję bądź pracowałem, czy w tym samym mieście, gdzie mieszkam bądź mieszkałem.

W świecie bez Internet social networking dotarcie do tych samych informacji byłoby znacznie trudniejsze i wymagałoby umiejętności policyjnych czy też dostępu do informacji, które posiada jedynie administracja rządowa, samorządowa bądź sama policja. W Internecie wystarczy założyć konto na nasza-klasa.pl czy w podobnym tego typu miejscu.

Wysunę odważną tezę, że facebook.com czy nasza-klasa.pl czy inny tego typu serwis kiedyś “pęknie” i do Internetu przedostaną się informacje, których użytkownicy tych serwisów nie chcieliby czytać na publicznych grupach dyskusyjnych. I obawiam się, że choćby najdoskonalej przestrzegana Ustawa z dnia 29 sierpnia 1997 r. o ochronie danych osobowych, Dz.U. 1997 nr 133 poz. 883 czy Data Protection Act, 1988 może nie wystarczyć by użytkowników przed taką katastrofą zachować. I będę dalej paranoiczny w swoich tezach i napiszę, że świat w którym wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą, gdzie informacja może być wykorzystana jako broń, gdzie baliśmy się, że państwa, rządy i urzędy skarbowe będą wiedziały o nas wszystko, może zmaterializować się szybciej niż się tego spodziewaliśmy. A co gorsza, sami sobie taki świat stworzymy - za naszym przyzwoleniem, po kilku kliknięciach myszką, kilku przyciskach Approve.

Będę dalej paranoiczny w swoich przekonaniach, a na pewno nie będę tak naiwny jak pan Clarkson (znany m.in. z programu Top Gear na BBC), który publikując w gazecie numer konta i numer rozliczeniowy banku (tzw. sort code) myślał, że nikt z jego konta nic wypłacić nie może. Pomylił się na £500. (źródło: artykuł na BBC News: Clarkson stung after bank prank). I moja paranoja nie wynika z faktu, że pracuję w dziale zajmującym się bezpieczeństwem i wirusami, choć “schorzenie” to jest tam bardzo przydatne. Stanie z boku i obserwacja pozwalają widzieć z nieco innej perspektywy, a co najmniej nieco szerszym kątem. Czego i innym życzę.

Poradnik o bezpieczeństwie na Facebook.com, napisany przez mojego znajomego: Blog The Daily Vend: A guide to Facebook’s security settings aka Facebook Security for the Unitiated!

Mój stary post na podobny temat: Zapomnij o anonimowości! z 29-go marca 2007.

Jeśli uważasz, że przesadzam albo mam rację, zostaw komentarz. Bardzo chętnie przeczytam głosy innych w tej dyskusji.

Polacy nie gęsi…

…iż swój język mają. Zdawałoby się ten fragment z dzieł Mikołaja Reja powinien mieć największy posłuch i zastosowanie w miejscu, gdzie powstaje polskie prawo - w polskim Sejmie, a co za tym idzie na sejmowych stronach www, sejmowych bazach danych i podobnych źródłach.

Ot, taki przykład:

Strona sejmowa, baza danych ustawodawstwa polskiego. Czasami jednak pod tym adresem można spotkać taki kwiatek:

I znowu ignorancja wzięła górę. A gdyby tak kilka osób w dziale IT przepastnych izb sejmowych wykonało audyt systemu pod kątem zastosowania ISO-8859-2 czy Unicode, czy potrzebny by był na to ogromny budżet i publiczny przetarg?

Na wybory tylko z Excelem

Ambasada RP w Dublinie w związku ze zbliżającymi się wyborami (dla będących szczęśliwymi w niewiedzy: datowane na 21.10.2007), udostępniła na swojej stronie internetowej formularz za pomocą którego można zapisać się na listę wyborców. Pozostałe metody, te klasyczne, obejmują rejestrację osobistą bądź przez telefon.

Prawda, że doskonałe ułatwienie? Nic bardziej mylnego! Aby skorzystać z udostępnionego tam formularza należy posiadać Microsoft Excel*. Jak dobrze się orientuję, Excel nie jest już dostępny indywidualnie, a jedynie w pakiecie Office. Więc aby skorzystać z formularza z ambasady trzeba posiadać pakiet Microsoft Office. Pakiet Office działa tylko na Windows.

Czy ambasada promuje Microsoft czy też to zwykłe lenistwo i bezmyślność pracowników organów państwowych? Jedno i drugie, pożałowania godne.

Pisałem kiedyś o zasadach, jakimi powinna kierować się administracja rządowa i samorządowa: neutralność, otwartość, przejrzystość, dostępność. Będę pisał to dotąd, dopóki nie przyniesie to zamierzonego efektu.

*wersja alternatywna to posiadanie pakietu Open Office

NASK: my wciąż działamy w średniowieczu

Znacie taką instytucję jak NASK? Jest to jednostka naukowo-badawcza, ale z jakiegoś powodu zajmuję się rejestracją i utrzymywaniem domen w Polsce.

Na stronie Polskiej Wikipedii można wyczytać:

NASK powstał wiosną 1991 r. przy Uniwersytecie Warszawskim jako zespół koordynacyjny ds. rozwoju akademickich sieci komputerowych. Zespół ten odegrał istotną rolę w podłączeniu Polski do internetu: nawiązanie po raz pierwszy łączności przy użyciu protokołu IP pomiędzy Instytutem Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego a Centrum Komputerowym Uniwersytetu w Kopenhadze miało miejsce 17 sierpnia 1991 r. W trakcie swojego rozwoju rozrósł się jednak do dużej firmy teleinformatycznej. Obecnie NASK jest członkiem konsorcjum PIONIER wnosząc istotny wkład merytoryczny w jego prace.

W drugiej połowie lat 90. NASK, pozostając wciąż formalnie państwową jednostką badawczo-rozwojową, uzyskał formalne prawo do prowadzenia działalności czysto komercyjnej, zachowując jednocześnie prawo do obsługi centralnego rejestru domen w domenie .pl

Stworzyli podstawy Internetu w Polsce, wyszło im to całkiem dobrze, ale później zaczęli robić coś o czym nie mieli pojęcia: zaczęli zajmować się biznesem.

Jak wg. Was można skomplikować procedurę zmiany właściciela domeny? Sądzicie, że okres oczekiwania potrzebny na weryfikację danych jest dokuczliwy? A może np. przesyłanie faksem ostemplowanych dokumentów? A może jeszcze przestałanie, także faksem, dokumentów rejestrowych firm - obu firm: oddającego i przyjmującego domenę? Dla pocieszenia te same dokumenty można wysłać tradycyjną pocztą, gdyby się okazało, że faks to zbyt nowe i niedostępne urządzenie.

Tak właśnie działa NASK. Poza wyszukiwarką domen i whois ich serwis wygląda bardzo … akademicko. GoDaddy.com potrafi załatwić sprawę zmiany abonenta w ciągu 24 godzin. NASK rezerwuje sobie na to … miesiąc. Na szczęście szefostwo NASK miało trochę oleju w głowie i zezwoliło innym firmom na bycie rejestratorami domen krajowych.

Clinton mówił kiedyś “the economy, stupid” i wygrał wybory. Ja mówię “przedsiębiorczość, głupcze”. Mam nadzieję, że wyborów nie wygram, ale może kiedyś będzie łatwiej zmienić właściciela domeny.




Disclaimer

All postings are provided "AS IS" with no warranties, and confer no rights. This weblog does not represent the thoughts, intentions, plans or strategies of Microsoft or any other company or organization. Because a weblog is intended to provide a semi-permanent point-in-time snapshot, you should not consider out of date posts to reflect current thoughts and opinions.
All software used by author of this blog come from legal sources.

Add to Technorati Favorites