Obiecałem napisać jak wypadła konferencja MSSDD 2007 w porównaniu z tym co widziałem za granicą. Skoro obiecałem, to obietnicy dotrzymuję.
Warszawska konferencja Microsoft Security Summit & Developer Days 2007 odbywała się w dniach 25-26 kwietnia w hotelu Gromada w Warszawie. Dedykowana “administratorom IT i programistom oraz wszystkim tym, którzy zdecydują się pogłębić swoją techniczną wiedzę o najnowszych technologiach informatycznych w branży IT” (cytuję za mssdevdays.pl). Program zapowiadał się naprawdę ciekawie - tematy dotyczące zagadnień bezpieczeństwa, narzędzi programistycznych, zarządzania serwerami, wirtualizacji a przede wszystkim dużo nowinek na temat Windows Codename Longhorn (btw, strona do której linkuję wygląda inaczej na FF, a inaczej na IE).
Coś co mnie w pierwszym momencie uderzyło to sposób w jaki traktowani byli goście. Każdy z nas dostał kartę (badge) z imieniem i nazwiskiem i … kodem paskowym, który musiał być skanowany przy wejściu i wyjściu na konferencję i na każdą z prelekcji. Trochę to dziwne, kiedy jestem rozpoznawany po kodzie paskowym, a nie po imieniu i nazwisku, czy nazwie firmy, którą reprezentuję. Rozumiem zalety takiego rozwiązania - porządek w sesjach (które każdy musiał sobie wybrać podczas rejestracji; bez rejestracji nie można było wejść na sesje), bezpieczeństwo gości i mówców, w końcu nikt niepowołany na konferencję się nie dostanie. Jednak ten kod paskowy przybliżył mnie do towarów w Tesco niż do tego po co na konferencję przyjechałem: posłuchać, nauczyć się, otworzyć szerzej oczy. Byłem już na konferencjach, gdzie takie rozwiązania też były stosowane, ale nie było to aż tak nachalne - nie było potrzeby ciągłego “logowania się do systemu”. Ponadto byłoby o wiele lepiej, gdyby na tych kartach, oprócz kodu paskowego znajdowała się nazwa firmy. Wbrew pozorom to wręcz prowokuje do rozmowy i zadawania pytań.
Z kodem paskowym zresztą wiązała się dość ciekawa historia. Przez dwa dni konferencji byłem gościem hotelu Gromada, pierwsze piętro, pokój 154. Kiedy w połowie dnia pierwszego próbowałem dostać się do swojego pokoju zostałem poproszony o pokazania identyfikatora konferencji (by przejść do mojej części hotelu musiałem przejść przez obszar, gdzie konferencja się odbywała). Okazało się, że miła pani hostessa mnie nie przepuści dopóki nie pokażę karty z kodem paskowym. Zapytałem co w sytuacji, kiedy mieszkam w tym hotelu i posiadam inną kartę, tę do otwierania drzwi mojego pokoju. Pani hostessa wciąż stała przy swoim i prosiła o kod paskowy. Musiałem ulec urokowi tej perswazji. Wniosek: w mojej części hotelu musiały mieszkać tylko te osoby, które jednocześnie były gośćmi konferencji. Inaczej w godzinach 09:00-17:00 obowiązywał zakaz dostępu do pokoju hotelowego.
Kolejną sprawą były prelekcje. Z moich dotychczasowych obserwacji różnych konferencji i tych polskich i tych zagranicznych, można wysnuć pewien ciekawy wniosek: polscy mówcy są realistami bądź nawet pesymistami, a ich zagraniczni koledzy to hurra-optymiści.
Przykład? W Polsce brzmi to tak: “W Longhorn Server Microsoft w końcu umieścił wszystkie narzędzia do konfiguracji i monitoringu serwera w jednym miejscu”. Za granicą brzmi to tak: “Longorn Server daje administratorom nowe, dostępne z jednego miejsca, doskonałe narzędzia do zarządzania i monitoringu pracy serwera”. Polska: “Nie wiem skąd wirtualizacja aplikacji znalazła się na tym slajdzie”, za granicą: “Jest też wirtualizacja aplikacji, ale skupmy się na trzech pozostałych metodach”. Czy widzicie różnicę?
Tą atmosferę chłodnego realizmu rozwiał na samo zakończenie konferencji Dariusz Korzun, szef grupy serwerów infrastrukturalnych w polskim oddziale firmy Microsoft: “Z Longhorn nie będzie problemów”.
Dziwnie, przynajmniej w moim mniemaniu, obsługa techniczna podeszła do kwestii korzystania z Internetu na udostępnionych w “sali Intel” komputerach. By skorzystać z bardzo mocno ograniczonego dostępu do sieci każdy z chętnych musiał się zalogować najpierw do serwera terminalowego opartego zresztą na Longhornie. Ograniczenia, dość śmieszne ale uciążliwe polegały między innymi na blokowaniu klikania w linki na stronach. By przejść z jednej do drugiej strony trzeba było skopiować URL i wkleić na osobnej zakładce. Jaki to miało sens? Korzystanie z WiFi też było nieco pod górkę - najpierw sieć z hasłem dostępowym, później utworzenie połączenia VPN z moim numerkiem na karcie wstępu i hasłem, którym było moje imie i dwie pierwsze litery nazwiska pisane małymi literami. Wiem, wiem, sala była pełna ITpro, więc żaden to problem potrenować zestawianie połączeń VPN.
Na zeszłorocznej konferencji Microsoftu na Croke Park [1] dostępnych było ponad 100 komputerów z zainstalowanymi Windows Vista + Office 2007 i podłączonych do Internetu. Nikt nie musiał się logować, żadnych sesji terminalowych. Gładko i przyjemnie.
Żadna z sesji, na których byłem nie miała w sobie jakiegoś małego wydarzenia, które pozwalałoby ją zapamiętać na długi czas, żadna nie powodowała gromkich braw ani burzy śmiechu (poza sesją generalną z wystąpieniem Steve Ballmera). A wystarczy, tak jak znam to choćby z Irlandii, z sesji Technetowych, że pokaże się coś, czego nie ma w dokumentacji, jakiś mały sprytny skrypt, coś co będzie dopiero dostępne za miesiąc, rok, etc, coś co sprawia, że nagle sesja nabiera rumieńców i każdy ITpro znów odkrywa jakąś tajemną sferę semi-hack. Pamiętam, że na jednej z ostatnich konferencji dotyczących wirtualizacji ilość rad, sprytnych sztuczek i bogatego doświadczenia osoby prezentującej sprawiła, że zapisałem aż 11 stron notatnika. Taką sztukę prezentacji pokazuje Rafał Łukawiecki, zawsze z wielką przyjemnością słucham co ma do powiedzenia. Tutaj było jednak inaczej.
Wiem, że ten post nie jest po drodze moim kolegom z Warszawy, którzy włożyli dużo czasu i pracy w organizację całego przedsięwzięcia. Chwała im za to, w moim mniemaniu konferencja udała się znakomicie, można było nauczyć czegoś nowego, porozmawiać o IT z profesjonalistami i posłuchać człowieka, który krzyczał kiedyś “developers, developers, developers”. Oby takich imprez było więcej! Ale gdyby wszyscy powiedzieli, że było super, czy można byłoby oczekiwać, że następne będą lepsze?
Ostatnie komentarze