Dziś okazało, że projekt nad którym pracowałem od dłuższego czasu, po drugiej stronie Atlantyku też jest prowadzony i to w dodatku jest już w dość zaawansowanym stadium!
Te same cele, prawie te same narzędzia i nawet tzw. project charter mieliśmy prawie w 100% podobny - albo ja nieświadomie kopiuje ich, albo oni mnie. Po dłuższej rozmowie z jednym z PM ustaliliśmy, że ja dołączę do ich projektu, a ponieważ tamtejszy team liczył 5 osób, a ja byłem sam, zostałem zdegradowany z project manager do project member (w sumie to też PM).
A co to oznacza? Więcej wieczór w pracy, częstsze telekonferencje i wycieczki przez ocean. De facto: mogę się nieco rozleniwić, bo tamci nie narzucili sobie ciasnego kalendarza.
I na koniec lekcja: jeśli w dalekim ośrodku Twojej firmy, ktoś codziennie robi to samo co Ty, jest pewna szansa, że może dostać długofalowy projekt, który będzie wyglądał dokładnie jak Twój. Lepiej się upewnić, niż później zastanawiać się jak nie zmarnować tego co już się zrobiło.

A ze tak zapytam kasliwie: menadzerowie wyzszego szczebla pojechali na wakacje “na dluzszy czas”?
Nie wynika z Twego wpisu, jak emocjonalnie odnosisz się do tej zmiany, choć można wyczuć lekką gorycz.
Opisana sytuacja przypomina raczej sytuacje z czasów, gdy światowa komunikacja daleko nie dorównywała dzisiejszej i ludzie jednocześnie dochodzili do tych samych wniosków, dokonywali tych samych odkryć, a prawo “zawłaszczenia” należało do tego. kto odrycie jako pierwszy opublikuje.
Człowiek jako jednostka zatraca znaczenie:Ty w w Microsoft, nauka w historii globalnej…
Czasem trzeba odrzucić swoją indywidulaność na rzecz większej siły, jak firma, czy coś, o czym niektórzy piszą “światowy umysł” i pocieszyć się faktem, że miało się jakiś (nawet niekoniecznie znaczący) wkład.
Kim byłby Bill Gates bez swojej firmy i zastępów twórzczych pracowitych ludzi?
Michal: byleby tylko wycieczek za ocean bylo wiecej niz telekonferencji… :]