Z banalnego powodu - MFT - Master File Table - bazie informacji o Twoich plikach i katalogach. Bardzo dobra notka znajduje się na blogu Langa. Polecam!
Archive for October, 2006
Odkąd tag apple na stałe zagościł na moim blogu postanowiłem ostatecznie przekonać się o czym tak naprawdę piszę ... tak - w końcu i nareszcie!
Przez dwa dni miałem okazję bawić się Macbookiem Pro 1.83GHz Intel Core Duo, 1GB RAM i 80GB HDD z MacOS X 10.4.5. Chciałem sprawdzić czy mógłbym zastąpić swojego Dell'a czymś ze stajni Apple.
Zaczęło się dobrze - desktop wygląda super, świetna grafika i duuużo miejsca. Trochę czasu zajęło mi przekonanie się, że użycie ikonki X (tej czerwonej jednej z trzech - czerwonej, żółtej i zielonej) nie zamyka aplikacji, tylko ją dziwacznie chowa zostawiając górne menu tak, jakby aplikacja wciąż działała (i faktycznie tak jest). Dopiero użycie kombinacji AppleKey (Command) + Q zamyka program.
Do tej pory nie wiem gdzie jest PageDown i PageUp, bo takowe klawisze nie istnieją na klawiaturze MacBook'a a kombinacja Command + Up albo Command + Down przesuwa mnie odpowiednio na górę albo na dół strony. Podobnie z End i Delete.
Zagadką dla przyzwyczajonego użytkownika Windowsów, jakim jestem była instalacja aplikacji. Końcowym zadaniem zawsze okazywało się przesunięcie dopiero co "zainstalowanego" do katalogu aplikacji. Tak jakby aplikacja sama nie mogła tego zrobić? Czy to tylko moje dziwne przyzwyczajenie?
Codziennie zadania, do których na notebooku dla mnie zalicza się sprawdzanie poczty, www, rss, edycja grafiki i słuchanie muzyki na iTunes wypadły znakomicie, chociaż wole Firefoxa od Safari (IE5 kompletnie wariuje wyświetlając cokolwiek AJAXo-podobnego). I o dziwo, wszystko co działa na Macu zajmuje znacznie mniej miejsca w pamięci niż ich odowiednik na PC (Finder zajmuje 22MB ale w porównaniu do Explorera, 18MB, jest świetną wyszukiwarką; na PC svchost.exe który z użytkownika punktu widzenia nie robi za wiele, choć pełni ważną funkcję w systemie, zajmuje 29MB; wszystkie programy na świeżo uruchomionym Macbook'u zajmują 110MB w pamięci - mimo, że Activity Monitor twierdzi że używa 770MB!). Bynajmniej nie oznacza, że działa szybciej! Nie mogę się o tym przekonać, bo nie mam porównywalnych platform.
Bardzo podoba mi się Dock - coś jak pasek z aplikacjami - świetne, szczególnie kiedy przesuwa się myszką nad ikonami. Aplikacje, które są uruchomione oznaczane są dodatkową ikoną, coś jak strzałką do góry.
To co przez te całe dwa dni doprowadzało mnie prawie do furii była temperatura do jakiej komputer się nagrzewał gdy był podłączony do sieci. W porównaniu do Macbooka mój Dell jest zimny jak lód, nawet kiedy wentylator kręci się jak oszalały (btw, tak jakby w Macu nie było żadnego wentylatora!). Czas pracy na baterii nie był porażający - nieco dłużej niż godzina bez użycia CD i przy ustawieniu na oszczędzanie baterii. To kiepski wynik, spodziewałem się czegoś więcej. Brak jakiejkolwiek diody świadczącej o pracy dysku (którego nie można usłyszeć w żaden sposób) też jest troszkę denerwująca - zastanawiałem się kilka razy co robi komputer i czy przypadkiem robi to o co go proszę, czy też "wisi i się zastanawia". Przydatna przydałaby się także ikonka aktywności sieciowej - tak, by wiedzieć czy coś jest przesyłane. Nazwijcie mnie windziarzem, windowsowcem czy jakkolwiek, ale akurat ta informacja jest dość przydatna, choćby dla diagnostyki sieci. A jeśli już o sieci mowa - za każdym uruchomieniem musiałem na nowo konfigurować sieć bezprzewodową, a uzyskiwanie adresu IP z routera (czy cokolwiek Mac w tym czasie robił) trwało podejrzanie długo - zawsze ponad minutę po uruchomieniu systemu. I dlaczego do diabła nie można kompletnie "położyć" wyświetlacza na biurku (180 stopni w stosunku do klawiatury)?
Przygoda zakończyła się jakimś cudem na restarcie i mrugającej ikonce katalogu ze znakiem zapytania. Jak przekonałem się na stronach pomocy Apple ponowna instalacja systemu jest koniecznością. No cóż, ale było miło. Nie wiem czy na tyle miło, by jednak się przesiąść.
Aplikacje, które wszyscy używamy na codzień można podzielić na dwie grupy: oficjalne, takie które mają wsparcie działu IT i mniej oficjalne - makra, małe programiki shareware czy freeware, które ułatwiają codzienne zadania, a o których napisanie dział IT prosimy się od kilku miesięcy. Te ostatnie programiki nazywają się czasami shadow apps.
Czasami jednak te programiki stają się kluczowymi narzędziami codziennej pracy, bez których sporządzenie raportu potrwałoby 3 razy dłużej. Wtedy pojawia się problem. Audyt. Co zrobić by zachować pozory pracy, a mimo wszystko nie mieć listy programów, które trzeba będzie wyrzucić lub napisać ISO-podobną dokumentację i przeszkolić dział IT by mieć oficjalne wsparcie?
Ja jeszcze nie wiem. Ale w międzyczasie piszę kolejny programik, tym razem parsera XML, który porównuje to co ma z wynikami z bazy danych.
Linki:
Doszedłem dzisiaj do wniosku, że wyszukiwarki internetowe przestają poprawnie działać i pokazywać efekty, których byśmy oczekiwali. A to zapewne wszystko to przez słynny algorytm Google wyszkujący nie tyle na podstawie trafności strony (artykułu, definicji) ale głównie na podstawie ilości wskazań z innych stron (czytaj: wytworzył się "układ"). Dzięki temu algorytmowi nie znajdziemy artykułów z Wikipedii czy Wielkiej Internetowej Encyklopedii Britannica - znajdziemy interesujące nas treści (albo przynajmniej jakiś wynik ich poszukiwania) na stronach blogów, komentarzy czy youtube.
Dlaczego tak uważam? Dlatego i dlatego. Jeśli w przypadku NetSprint strona Microsoftu była na 9 miejscu ale wciąż na stronie głównej, tak na Google link jest dopiero na czwartej stronie, za blogami, forami i nawet serwisami ze zdjęciami (?).
Czy doczekamy się momentu, kiedy uczniowie w szkołach będą cytowali blogi jako źródło swojej wiedzy? Proszę Państwa, równamy w dół. Shakespeare bloga nie pisał.
Na swoim angielskim blogu opisałem kilka cech jakie wnosi nowy engine. Obyło się bez rewelacji, ale jest kilka miłych niespodzianek.


Ostatnie komentarze